Największa europejska linia lotnicza, low-coster Ryanair, ogłosiła uruchomienie 17 tras do i ze stolicy Albanii, Tirany, po remoncie głównego lotniska w kraju. Ryanair uruchamia loty do Albanii po gwałtownym wzroście liczby turystów Międzynarodowe lotnisko w Tiranie odnotowało ogromny wzrost liczby pasażerów Historia Albanii. Początki historii Albanii zaczynają się od przybycia Ilirów oraz od podbicia tych terenów przez Republikę Rzymską, gdzie była częścią prowincji Macedonia. W swojej historii Albania była podbijana przez wiele państw. Po rozpadzie Imperium Rzymskiego większość dzisiejszego terytorium Albanii znajdowało się pod Sarandë do Tirana pociągiem. Jak dojechać z Sarandë (Albania) do Tirana (Albania) pociągiem (164km). Kup tanie bilety kolejowe online. Szukaj cen biletów. Szczegółowe informacje oraz rozkład jazdy. Aby podróżować pociągiem z Sarandë na Tirana w Albanii, przeczytaj poniższe informacje i wpisy na blogu. Twoja trasa podróży może Według opublikowanego w 2020 r. przez agencję AFP poufnego raportu ONZ, broń z Albanii za pośrednictwem firm powiązanych z Zylą wylatywała z Albanii co najmniej od 2008 r., a trafiała m.in Tak ogromnego zainteresowania nie spodziewał się przewoźnik. Ryanair poinformował, że rezerwacje podróżnych na nowych trasach przeszły najśmielsze oczekiwania firmy. Jak zapowiedział Michael O’Leary z Ryanair, “w przyszłym tygodniu, we wtorek 31 października, rozpocznie się rewolucja w zakresie tanich lotów do Albanii. Women in Albania. 34. Kobiety w Albanii to kobiety, które mieszkają w Albanii lub pochodzą z Albanii . Pierwsze stowarzyszenie kobiet w Albanii zostało założone w 1909 roku. Albańskie kobiety z północnego regionu Gheg żyją w konserwatywnym i patriarchalnym społeczeństwie. W takim tradycyjnym społeczeństwie kobiety pełnią rKSG. A jak Albańczycy Pobiją cię, ukradną ci samochód albo zegarek i zgwałcą twoją córkę... brzmi śmiesznie i niedorzecznie? I takie jest. O Albańczykach krąży wiele mitów. My jednak - i wiemy, że nie jesteśmy w tym odosobnieni - spotkaliśmy tam przyjaznych, uśmiechniętych ludzi. Nie dość, że pomocnych, to jeszcze pozujących do zdjęć. Trzeba rozwiać stereotypy. Szkodra: Nie miałam śmiałości podejść do tych ludzi. Strzelałam zoomem. Pani z prawej najpierw, jakby się zawstydziła, a potem pomachała życzliwie Tirana: konsternacja rzeźnika trwała krótko. Sympatyczny pan uśmiechnął się i zapozował. Podziękowałam oczywiście L jak lalki Przemierzając Albanię, raz na jakiś czas, można się natknąć na pluszowe maskotki umiejscowione na dachu domu, czy samochodu. Tego misia poniżej, przyczepionego do beżowego wehikułu, sfotografowałam w Tiranie. Lalki mają podobno odstraszać złe duchy, może zapobiegać wypadkom? Wiele takich "dziwolągów" widzieliśmy jeszcze z okna samochodu na południu Albanii w okolicach Dhermi. Strzegły niedokończonych budów przed zazdrością sąsiada. :) Tirana: Misio na masce ma odstraszać złe duchy B jak bary... Czy wiedzieliście, że Albania to jeden z niewielu krajów w Europie, w którym nie ma McDonalda? Nam udało się w stolicy znaleźć jego klona. A dokładniej: Kolonat. :) Tirana: prawie jak McDonald ...i B jak bunkry Enver Hodża obawiał się ataku na swój kraj. Kazał więc, od morza po góry, na wsiach i w miastach, wybudować 700 tysięcy tych betonowych "grzybów". Miały chronić Albanię przed "imperializmem i rewizjonizmem". Każdy bunkier miał pomieścić czteroosobową rodzinę. W rezultacie i tak biedny kraj stracił fundusze, które można by zainwestować w budowę mieszkań, czy dróg. Dziś schrony nadal straszą, choć jest ich coraz mniej. Niektóre zostały wysadzone w powietrze, inne służą jako hotele, kawiarnie, czy noclegowanie dla bezdomnych. Rozgorzał natomiast spór, czy je niszczyć, czy zachować i traktować jako pomniki kultury. Oto bunkier, który mijaliśmy w drodze do Macedonii. Albański bunkier, czyli betonowy grzyb A jak Ameryka Albańczycy nie bez powodu darzą dużym sentymentem USA. W 1920 prezydent Woodrow Wilson ujął się za niepodlogłością Albanii. Nawet w czasach twardych rządów Envera Hodży i silnej antymerykańskiej propagandy wielu młodych Albańczyków dostało po nim w spadku imię. Albańczycy są także wdzięczni za zaangażowanie rządu USA ws. Kosowa. Podczas naszej albańskiej wyprawy w Tiranie natrafiliśmy na imprezę w ambasadzie Stanów Zjednoczonych. Pół stolicy zostało wyłączone z ruchu. Tirana: Flagi na terenie ambasady USA Tirana: policja blokuje miasto; trwa impreza w ambasadzie USA N jak nędza... Albania od czterech lat jest w NATO, aspiruje także do członkostwa w Unii Europejskiej. Kraj po kilkudziesięciu latach komunistycznych rządów mozolnie podnosi się z upadku. Widać to na ulicach. Buduje się domy, drogi, sklepy. Miasta wyglądają jak ogromne place budowy. Kiedy reżim upadł, Albańczycy masowo rzucili się do ucieczki. Szacuje się, że od 1991 roku ten kraj opuściło ponad milion ludzi. Za kierunek swojej emigracji wybierali oni głównie Włochy, Grecję, Anglię. Bieda jest wszędzie. Widać ją wśród ludzi na ulicach, widać w zniszczonych domach. Popularny obrazek to żebrzące dzieci. W drodze ze Szkodry do Tirany Durres i kontrasty. Walący się dom i zadbana restauracja. W tle apartamentowiec ... i natura Albania to kraj kontrastów. Z jednej strony betonowe bunkry i walące się domy, a z drugiej piękne plaże i krystalicznie czysta woda. Wszechobecne śmieci, brud, ale też piękne góry i dzika, niezadeptana jeszcze przez turystów przyroda. Na zdjęciach poniżej nasze bliskie spotkanie z fauną w górach oraz błękitna laguna na południu kraju. W drodze do Dhermi: konie... ...i krowy Albańska riwiera Dhermi I jak Islam Albańczycy w większości są muzułmanami, jednak nie tak ortodoksyjnymi, jak np. Bośniacy. Ze świecą szukać kobiety w burce. Trudno jednak dokładnie ustalić, ile osób jest wyznawcami islamu, ponieważ część nie deklaruje przywiązania do żadnej wiary. Komunistyczny dyktator Enver Hodża ogłosił Albanię pierwszym ateistycznym państwem świata i zabronił praktykowania jakiejkolwiek religii. Meczety, kościoły i cerkwie kazał spalić. Jako jeden z nielicznych ostał się meczet Ethem Beja w Tiranie. Meczet Ethem Beja w Tiranie Wnętrze meczetu A jak...atrakcje Zabytków, jako takich, w młodszych albańskich miastach po prostu nie ma albo jest ich niewiele. Powoli to się zmienia. Albańczycy zaczynają rozumieć siłę turystyki. W Tiranie przeszliśmy się szlakiem historycznym ufundowanym przez Unię Europejską. W Szkodrze jest np. informacja turystyczna, ale niewiele można się tam dowiedzieć. Trzeba było widzieć minę chłopaka z obsługi restauracji w tym mieście, kiedy zapytaliśmy go, co poleca obejrzeć. Rozmowa polegała na tym, że młody człowiek uśmiechając się pięknie, odpowiadał pytaniem na pytanie, a mianowicie, co byśmy chcieli zobaczyć, i tak w kółko. Prawda jest taka, że my lubimy chłonąć klimat, obserwować, napawać się klimatem miejsc, niekoniecznie odhaczając zabytki w przewodniku, dlatego Albania bardzo nam odpowiadała. Żałujemy trochę starszych miast z początku państwowości tego kraju, których nie odwiedziliśmy: Butrintu, Beratu, czy Gjirokastry. Będzie jeszcze okazja. A to my w rzeczonej restauracji w Szkodrze. Z Birra Tirana. Kto tak naprawdę zginął w Albanii? Tajemnica śmierci handlarza bronią Data utworzenia: 21 lipca 2022, 15:00. W tej sprawie jedno jest pewne. Skarb Państwa stracił na transakcjach z Andrzejem I. (71 l.) kilkadziesiąt milionów złotych. Wiele wskazuje na to, że pieniędzy nie da się odzyskać, bo I. miał umrzeć w czerwcu w Albanii. Wsłuchując się jednak w komunikaty naszych służb i zestawiając je z tym, co podawały albańskie media oraz policja, pewności co do tego, kto dokładnie umarł w Tiranie, mieć nie można. Zwłoki Polaka, którego wielu uważa za Andrzeja I., handlarza bronią, znaleziono w wynajętym mieszkaniu w stolicy Albanii. Foto: - / Be&w 20 czerwca 2022 roku. Albańskie media obiega informacja, że w apartamencie w stolicy Albanii znaleziono zwłoki Polaka. Miejscowa policja przeprowadziła śledztwo, a w Polsce pierwszy o sprawie poinformował dziennikarz Cezary Gmyz. Jego diagnoza była jednoznaczna — zmarłym jest Andrzej I., poszukiwany w Polsce handlarz bronią. Kto tak naprawdę zginął w Tiranie? Na początku tego tygodnia o śmierci Polaka, uwikłanego w handel respiratorami, mówiła już cała Polska. Śmierć Andrzeja I. potwierdził nawet Komendant Główny Policji, Jarosław Szymczyk. W piśmie, do którego dotarł "Fakt", stwierdza on, że "w wyniku przeprowadzonych czynności ustalono, iż poszukiwany zmarł". Policja wystąpiła też do Prokuratury Regionalnej w Lublinie z wnioskiem, aby ta odwołała międzynarodowe poszukiwania. Prokuratorzy okazali się nieco bardziej powściągliwi w ferowaniu jednoznacznych wyroków. – Mamy takie informacje i teraz prowadzone są działania, zmierzające do jej potwierdzenia – powiedział "Faktowi" prokurator Karol Blajerski, rzecznik Prokuratury Regionalnej w Lublinie. Tymczasem nowe światło na tę tajemniczą sprawę rzucają ustalenia albańskich dziennikarzy. Ci, opierając się na źródłach miejscowej policji, twierdzą, że znalezionym zmarłym nie był Andrzej I., a osoba o inicjałach Nijak do polskiego handlarza bronią nie pasuje też wiek ofiary. Jest ona bowiem o dwa lata starsza od 71-letniego Andrzeja I. Zobacz także " przy bulwarze »Bajram Curri«, w wynajętym lokalu znaleziono, bz znaków życia, polskiego obywatela 73. lat. Podczas badania wstępnego nie stwierdzono śladów przemocy" — cytuje raport albańskiej policji portal "Albanian Daily News". Kto w takim razie zginął w Tiranie? Albańska tajemnica handlarza bronią Pytań w całej sprawie jest więcej, a główne to, w jaki sposób policja ustaliła tożsamość ofiary, skoro są aż takie rozbieżności. Do chwili publikacji materiału Komenda Główna Policji nie odpowiedziała na te pytania "Faktu". Tymczasem eksperci nie wykluczają, że w podobnych sprawach, gdy w grę wchodzi handel bronią, powiązania ze służbami i naprawdę wielkie pieniądze, wydarzyć może się wszystko. – Oczywiście, że dla niektórych ludzi może być wygodne, aby tego człowieka nie było. W takich przypadkach zawsze są trzy wersje. Albo sam nie odszedł, ktoś mu pomógł, albo w ogóle nie odszedł. I raczej szybko nie dojdziemy do prawdy, jeśli ktoś będzie w ogóle tym zainteresowany – podsumowuje w rozmowie z "Faktem" Robert Cheda, były oficer i analityk Agencji Wywiadu. Na respiratorach stracili miliony złotych O Andrzeju I. w Polsce po raz pierwszy zaczęto mówić, gdy w kwietniu 2020 r. jego firma E&K podpisała z Ministerstwem Zdrowia kontrakt na dostawę 1241 respiratorów. Resort od razu wpłacił na konto spółki 154 mln zł, jako zaliczkę w transakcji wartej 250 mln zł. Spółka dostarczyła jednak tylko 200 respiratorów, z których część nie posiadała nawet wymaganych dokumentacji. I choć ministerstwo odstąpiło od umowy i nałożyło na firmę kary umowne, to i tak nie udało się odzyskać ponad 20 mln zł. Wspólna zabawa połączyła dwóch przeciwników. Przed kamerami tak się nie lubili, a na imprezie... Ministerstwo Zdrowia wystawia na licytację komorniczą 418 respiratorów. Jaka jest cena wywoławcza? Tajemniczy zgon handlarza bronią. "Ta śmierć może być nie do końca prawdziwą" /5 - / Be&w Andrzej I. od lat miał być związany z Albanią, gdzie prowadził niektóre interesy. /5 - / - Andrzej I., gdy wybuchła afera ze sprzedaż respiratorów, wyjechał z Polski. /5 Damian Burzykowski / Jakub Szymczyk, Komendant Główny Policji przyznał, że policja jest pewna, iż znalezione w Albanii zwłoki to ciało Andrzeja I. /5 Damian Burzykowski / Podlegający Zbigniewowi Ziobrze prokuratorzy są bardziej ostrożni i sprawdzają "niepotwierdzone" informacje o śmierci Polaka. /5 - / Be&w Bulwar Bajram Curri w Tiranie, stolicy Albanii. Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem: Trzęsienie ziemi w Albanii to najpotężniejsze trzęsienie, które nawiedziło ten kraj od dziesięcioleci. Siła kataklizmu osiągnęła 6,4 stopnia w skali Richtera. Jak podają albańskie władze, w wyniku trzęsienia zgięło co najmniej 6 osób. Trzęsienie ziemi miało miejsce we wtorek 26 listopada krótko przed czwartą nad ranem. Epicentrum znajdowało się około 30 kilometrów na północny zachód od stolicy Albanii Tirany, na płytkiej głębokości ok. 10 km. Trzy godziny po głównym wstrząsie miały miejsce silne wstrząsy wtórne. Jak informuje albańskie ministerstwo obrony, w wyniku trzęsienia ziemi zginęło co najmniej 6 osób. Reuters podaje, że jedną z zabitych w mieście Durres osobą była starsza kobieta, której udało się uratować wnuka, osłaniając go swoim ciałem. Z kolei w mieście w mieście Kurbin zmarł mężczyzna, który uciekając przed trzęsieniem ziemi wyskoczył ze swojego domu. Albańska minister zdrowia, Ogerta Manastirliu poinformowała, że do szpitali w Durres, Tiranie i Thumane przyjęto ponad 300 rannych osób, a są przywożone kolejne. Wiele budynków uległo zniszczeniu. Jak informuje Reuters, powołując się na rządowe informacje,​​ największe zniszczenia budynków miały miejsce w mieście Durres, a kilka osób zabrano do szpitala w Tiranie. To nie pierwsze silne trzęsienie ziemi, do jakiego doszło w ostatnim czasie. Poprzednie miało miejsce we wrześniu. Na Twitterze pojawiły się pierwsze nagrania pokazujące zniszczenia. twittertwitterCzytaj też:„Wyżej w Tatrach trzeba mieć zestaw lawinowy”. W górach powoli pojawia się zima Postój żółtych taksówek. Prawie jak w Nowym Jorku :-) Oczywiście stare mercedesy. W moim pierwszym poście o Albanii pokazałam Wam właściwie tylko ładne plażowe obrazki czyli podejście typowo turystyczne. Mogliście nawet odnieść wrażenie, że plażowanie było głównym celem naszej podróży. Ok, przyznaję, zmieniliśmy plany wakacyjne w celu wygrzania pewnych części ciała w cieplejszych miejscach niż północne części naszego kontynentu. W sumie to się wygrzaliśmy na zapas. Dziś nie będę pisaćWam jednak o plażach, bo to mogliście przeczytać w poprzednim poście. Dziś pokażę Wam Albanię prawdziwą, a właściwie to o niej napiszę, bo jak już wspominałam tutaj, zdjęć mam niewiele, a te co mam, zrobione są telefonem, stąd tytuł posta: Albania bez filtra. Te kilka zdjęć to taka złapana chwila, kiedy to olśniło mnie, że może jednak warto uwiecznić jakąś charakterystyczną scenkę z życia. Granica Czarnogóra-Albania. Gdzieś w polu. Granicę albańską przekraczamy od strony Czarnogóry, w czwartym dniu naszej podróży. Przyznaję, takiego przejścia granicznego jeszcze nie widziałam. Człowiek od razu czuje, że wjeżdża do zupełnie innego świata. Trzeba się przyzwyczaić do widoku kobiet w burkach, w końcu Albania to kraj muzułmński (63% ludności). Po odstaniu w kolejce i rytunowej kontroli dokumentów przekraczamy granicę. Od razu wjeżdżamy w stado dzikich kóz spacerujących sobie leniwie po drodze, a raczej po czymś co drogę udaje. Pierwsze widoki jakie nam towarzyszą to nagie góry i nic poza tym. Droga kiepska. Po jakimś czasie pojawiają się pierwsze biedne domki. Potem większe skupiska domostw i uprawne pola, głównie rosną tam arbuzy i coś czego nie znam. Całą drogę uważnie rozglądam się za uprawami marihuany, bo jak wiadomo, Albania jest jednym z większych producentów tego towaru. Zaczynają pojawiać się domy wygladające całkiem bogato, hacjendy rzec można. Wyłaniają się gdzieś w polu, pomalowane na jaskrawo, stylizowane na pałacyki, zatopione w bujnej zieleni ogrodów (ale jak to?). Zaczynam podejrzewać, że to typowe rezydencje albańskich bossów narkotykowych, ale to zapewne tylko moje niezweryfikowane fantazje. Mijamy pierwsze wioski. W każdej kilka meczetów. Pola arbuzów i kukurydzy. Arbuzy i kukurydza będą nam już towarzyszyć przez cały pobyt w tym kraju. Na każdej drodze (nawet na pseudo-autostradzie!), skrzyżowaniu (tak!) i rondzie (a jakże!) spotkacie handlujących arbuzami i kukurydzą. Kukurydza jest grillowana w liściach na rozżarzonych węglach, wygląda na to, że to powszechny przysmak. Wjeżdżamy do pierwszego, jak się okazuje, miasteczka. A może miasta? Trudno powiedzieć. Budynki są w naprawdę opłakanym stanie, bazarki, gdzie można kupić kurę na rosół. Żywą. I oczywiście arbuzy i grillowaną kukurydzę. Jednym z głównych środków transportu jest albo rower albo motorek z koszem z przodu, w którym podróżuje cała rodzina. Zazwyczaj jeżdżą pod prąd. Czuję się przytłoczona takim nagłym przeniesieniem do innego wymiaru. Widać, że tu żyje się bardzo biednie. We wszystkich relacjach z podróży po Albanii czytałam, że ten kraj to nie tylko stare mercedesy. Owszem, nie tylko, ale po prostu nie da się od nich uciec! Nie wiem skąd to zamiłowanie Albańczyków do mercedesów, ale ponoć to jedyny samochód, który znosi w miarę godnie stan tamtejszych dróg. Myślę, że średnia wieku tych aut to 30 lat. Są wszędzie. Albańczycy jeżdżą po swojemu. Włączają się do ruchu nie sygnalizując tego faktu, wyprzedzają na trzeciego. Na drogach dużo policji i dużo przydrożnych krzyży. Właściwie nie są to krzyże a takie małe domki, często w kształcie świątyń. Nie trudno dojść do wniosku, że na drogach ginie tu mnóstwo ludzi. Dojeżdżamy w końcu do Tirany, stolicy Albanii. Miasto trochę mniejsze od Poznania, słynie przede wszystkim z bunkrów. Bunkry to kolejna, po mercedesach, arbuzach, kukurydzy i kozach, wszechobecna rzecz w Albanii. Mamy nadzieję, że od teraz drogi będą trochę lepsze, bo musimy dojechać do Durres, drugiego pod względem wielkości miasta, kurortu nadmorskiego. Rzeczywiście, wjeżdżamy na coś, co nazywa się autostradą, ale świadczyć o tym mają jedynie dwa pasy w jedną stronę. Stoiska z arbuzami i grillowaną kukurydzą wcale nie znikają (autostrada!), ponadto musimy przejechać przez palący się fragment drogi, ot taki pożar spowodowany przez wysokie temperatury, którego nikt nawet nie gasi, bo po co? Samo się zapaliło, samo zgaśnie. Durres. Widok z naszego hotelu na główny deptak i meczet. Na szczęście podróż ze stolicy Albanii do Durres nie trwa długo. Wydaje się, że wszystkie miasta w tym kraju są zabudowane bardzo gęsto i bardzo chaotycznie, nie inaczej jest i w tym mieście. Różnica jest taka, że tutaj obok bloków-slamsów budują się nowoczesne apartamentowce więc kontrasty są bardzo widoczne. Samo miasto, pomimo, że jest kurortem (i największym portem Albanii) do napiękniejszych nie należy. W starej części miasta, w której my mieszkaliśmy, znajduje się za to całkiem miły deptak (na zdjęciu powyżej), nad którym góruje meczet i od którego rozchodzą się dwie reprezentacyjne alejki shoppingowe. Wzdłuż brzegu morza również ciągnie się deptak, miejsce straganów i rozrywek wszelakich. Czym się tutaj handluje? Oczywiście grillowaną kukurydzą, używanymi butami, lokalnymi przysmakami, starymi książkami i kasetami. Rozrywki też raczej z gatunku tych prymitywnych: rozklekotana karuzela, strzelnica z maskotkami, gumowe kaczki pływające w basenie, które trzeba złapać na wędkę. Nam najbardziej podobała się możliwość zważenia się za drobną opłatą. Podchodzi się do takiego pana czy pani, który cały dzień siedzi na murku i udostępnia nam wagę, taką najzwyklejszą, domową. Czad. Sklepy z podróbkami funkcjonują na legalu, zatem jeśli intesresuje Was jakiś niedrogi guczi czy dior w Albanii jest w czym wybierać. Nie są to jednak podróbki z kategorii tych "nie do odróżnienia". Bez problemu kupicie też hakowane oprogramowanie komputerowe. Jest również molo, całkiem przyjemne, na końcu którego znajdują się całkiem miłe restauracje z tarasami nad wodą. W Albanii generalnie jemy niedrogo, przeważa kuchnia włoska. Uważajcie na wypasiony półmisek wędlin: raczej nie macie co liczyć na cokolwiek bardziej wyrafinowanego niż mortadela! Wędliny może i nie są mocną strona Albańczyków, za to sery są pyszne! Wszędzie spotkacie bezdomne psy w ilościach hurtowych, widać, że raczej nikt tego nie ogarnia. Na szczęście są niegroźne i żyją swoim własnym życiem. W Albanii podrobiony jest nawet McDonald's (bo prawdziwych makdonaldów tu nie ma). ten albański nazywa się Kolonat. Taka sytuacja jak na zdjęciu powyżej dla mnie była chyba największym szokiem: bezdomne dziecko śpiące na kartonach. W samym Durres spotkać można było ze dwie rodziny (raczej cygańskie) trudniące się żebractwem i prowadzące raczej koczowniczy tryb życia. "Nocne życie" w Durres Popiersie jakiegoś lokalnego bohatera, zakładam że jeszcze z czasów partyzantki. Nie znam gościa. Panowie (emeryci?) chill-outują całymi dniami, graja w gry planszowe, piją kawkę i inne napoje. Wracają do domu bardzo późnym wieczorem z arbuzem pod pachą. Jestem świadkiem! Jaki kraj, taki rumak :-) Pan przyszedł, przywiązał swojego osiołka do płotu i poszedł sobie. A dokąd? Oczywiście do saloon'u. Baru znaczy się? Wyśledziłam go! Osiołki są tu wciąż jednym z popularnych środków transportu. Plaży w Durres nie polecam - należy do jednych z najbardziej zatłoczonych na świecie. Samo miasto warte jest zobaczenia, szczególnie dla tych, którzy lubią poczuć klimat i autentyczność odwiedzanego kraju; tutaj szczególnie można to poczuć w weekend, gdy zjeżdżają mieszkańcy stolicy i okolicznych wiosek. Co ciekawe, w Albanii czujemy się naprawdę bezpiecznie. Oprócz cygańskich rodzin trudniących się żebractwem nie spotykamy tu innych żebraków ani nagabujących o parę groszy "żulików". Nie ma strzeżonych parkingów, samochód można bezpiecznie wszędzie zostawić, na drogach dużo policji (uwaga na limity prędkości!). Atmosfera luźna i przyjazna, klika osób mówiło nawet po angielsku. Po dwóch dniach spędzonych w Durres kierujemy się na południowy wschód, do miejscowości Berat. Jest to miasto-muzeum wpisane na listę UNESCO zwane miastem tysiąca okien. Stare domki zostały zbudowane na wzgórzach, a ich okna skierowane w kierunku rzeki. W jednym z takich domków mieliśmy nocleg. Jakież było nasze zdziwienie (na niestety nie ma tej informacji) kiedy okazało się, że to właśnie w takim domku śpimy i ... trzeba się do niego wdrapać wąskimi, kamiennymi uliczkami, oczywiście z bagażem. Nasz akurat była na samym szczycie wzgórza u podnóża zamku. Widok wynagrodził trudy marszu (który tak naprawdę okazał się całkiem krótki). Sam domek był rewelacyjny! Dwie odnowione sypialnie, każda z łazienką, do tego niewielki aneks kuchenny i taras widokowy. Bomba! Miasteczko jest dosyć senne, spokojne, pełne zabytków (między innymi cerkwie i meczety). Parzą tu najlepsze espresso ever! Kamienne uliczki tworzą tajemniczy labirynt, ale i tak nie da się tu zgubić, bo albo można zejść w dół albo w górę do zamku. Żegnamy Berat i kierujemy się dalej na południe. Musimy dotrzeć do Sarandy. Na szczęście nie jesteśmy swiadomi jaka droga nas czeka. Jeśli kiedykolwiek uda Wam się pokonać ten dystans (215 km) w mniej niż pięć godzin koniecznie dajcie znać! Na początek wiemy, że mamy dwie opcje: złą i gorszą. Wybieramy trasę przez Vlorę, ma być widokowa. I jest!! Widokowa, widowiskowa i najniebezpieczniejsza droga ever!! Najbardziej kręta! Najbardziej szalona! Najbardziej zaskakująca! Najbardziej hardcorowa! Powiem Wam, że trochę już widzieliśmy na tym świecie i trochę tych kilometrów zjeździliśmy, ale tutaj naprawdę koparki nam opadły. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że najpiękniejsze trasy norweskie i alpejskie tracą w tym rankingu. Kawałek po wyjeździe z Beratu skończył nam się asfalt. Nagle naszym oczom ukazała się z jednej strony asfaltowa góra, a z drugiej wyrwa w drodze. No i tak sobie podróżowaliśmy przez jakiś czas. Gdy już asfalt był znośny to trasa zaczęła się niemiłosiernie wić i wspinać. I tak bez końca. Ile tych zakrętów pod górę być mogło? Nie mam pojęcia. Tysiąc? Wiekszość drogi biegnie urwiskiem nad morzem, widoki są niepowtarzalne. Zobaczycie tutaj napiekniejsze plaże świata. Część trasy biegnie między górami, tam spotkacie dziko żyjące osiołki i konie. Bardzo przyjazne. Można podejść i pogłaskać, nic sobie z tego nie robią. Niestety mój zasób słownictwa nie pozwala mi na obrazowe opisanie tej drogi. To trzeba zobaczyć, ale musicie wiedzieć, że to będzie doświadczenie ekstremalne. Dobry samochód z napędem na cztery koła wskazany. Umęczeni docieramy wieczorem do hotelu w Sarandzie. Dalszy ciąg i "ładniejszą" stronę Albanii znacie już z tego posta. Mam nadzieję, że pomimo nieprofesjonalnych zdjęć robionych zupełnie spontanicznie choć trochę zachęciłam Was do zwiedzenia tego kraju. Jeśli lubicie długie jazdy samochodem w nieznane i odkrywanie nowych miejsc to jest to opcja do przemyślenia. Albania jest warta zachodu, ludzie są przyjaźni, pogoda dopisuje i naprawdę jest co zobaczyć! Koniecznie dodajcie jeszcze do listy Gjirokastrę (miasto tysiąca schodów) i nadmorski Ksamil. Pełna egzotyka. Buziaki!! XOXO Aby zrealizować swój projekt pt.„Zaprzysiężone dziewice albańskie”, fotografka Jill Peters odwiedziła górskie wsie położone w północnej Albanii, gdzie mieszkają tzw. „Burrnesha” – kobiety, które żyją jako mężczyźni. Już w bardzo młodym wieku przyjęły one męską tożsamość, by wyzwolić się z mechanizmów regulujących życie etnicznych klanów, uznających kobietę za własność jej męża. Jak wyjaśnia Peters, prawo do głosowania, prowadzenia działalności gospodarczej, zarabiania, picia, palenia, przeklinania, posiadania broni czy noszenia spodni tradycyjnie przysługiwało tylko mężczyznom. Młode dziewczęta były zwykle zmuszane do wchodzenia w zaaranżowane związki małżeńskie, często z dużo starszym od siebie mężczyzną z oddalonej o wiele kilometrów wioski. Alternatywą było zostanie „zaprzysiężoną dziewicą”, czyli tzw. „Burrnesha”, która otrzymywała status równy mężczyźnie, gwarantujący jej wszystkie prawa i przywileje należne męskiej społeczności. By podkreślić swą przemianę kobiety ścinały włosy, wdziewały męskie ubrania, a czasem nawet zmieniały imię. Ćwiczyły męską gestykulację i styl zachowania, dopóki nie opanowały go do perfekcji. Przede wszystkim jednak „Burrnesha” przysięgały dozgonne dziewictwo. „Ona” stawała się „nim”. Tradycja ta jest kontynuowana do dziś, słabnie jednak coraz bardziej wraz z postępem cywilizacyjnym docierającym do wiosek w Alpach. Żyje już tylko kilka starzejących się „zaprzysiężonych dziewic”. Peters zapragnęła uchwycić ten słabnący obyczaj na zdjęciach, nim zniknie na zawsze. Twierdzi, że przebywając z „dziewicami” i ich społecznościami wiele się nauczyła: „Dowiedziałam się, że „Burrnesha” są bardzo szanowane w swoich wioskach. Są niezwykle silne i dumne, bardzo dbają też o honor swojej rodziny. Ich transformacje są w pełni akceptowane przez innych członków społeczności. Co jednak najbardziej zaskakujące, „Burrnesha” prawie nigdy nie żałują poświęceń, których dokonały w imię swojej przemiany”. Michael Zhang Tłumaczenie: Justyna Kowalska Publikacje chronologicznie ← Mity na temat gwałtu Nastolatka została najmłodszą prawniczką w historii → Komentarze Stare komentarze (2) Najnowsze teksty Tagi

kobieta ze stolicy albanii