fugi 100g brokatu na 1-2kg fugi; lakieru 50-100g brokatu na 1l lakieru; W zależności od żądanego stopnia błyszczenia można dodać mniej lub więcej brokatu. Jeśli będziemy dodawać brokat do farby to zalecamy. dodanie brokatu do ostatniej warstwy nanoszonej farby (farba nie może być gęsta dlatego też należy ją wcześniej
MASCARPONE SZPINAK: najświeższe informacje, zdjęcia, video o MASCARPONE SZPINAK; Kuchnia antyinflacyjna. Obiady z truskawkami do 10 zł!
ŚWIĄTECZNE MUFFINKI: najświeższe informacje, zdjęcia, video o ŚWIĄTECZNE MUFFINKI; Muffinki czekoladowe z cukierkami z Mieszanki Wedlowskiej - propozycja od E.Wedel
„Moje letnie motto: mniej dramatu, więcej slay age 🌞🔥” „Nie jestem zwykłą plażą, jestem fajną plażą 😎🏝️” „Czuję się jak gorąca dziewczyna na letnią przekąskę 😋🔥” „Mam 99 bikini i nie mogę wybrać jednego 🩱🤷♀️” „Baddie na plaży, nie możesz za mną tęsknić 🏖️🚨”
Mniej dramatu, więcej brokatu! Wybierając się na koncerty przede wszystkim musimy pamiętać o dobrym humorze; bez niego nawet najlepszy festiwal traci na wartości. Dlatego postaraj się zostawić w domu wszystkie zmartwienia i postaw tego lata cekiny, brokat i świecące aplikacje!
TORT Z MASCARPONE CZEKOLADOWY: najświeższe informacje, zdjęcia, video o TORT Z MASCARPONE CZEKOLADOWY; Przepis na tort idealny - dobry nie tylko na święta.
pYpUIZH. Witaj w naszym sklepie!Okazją tej aukcji jest Koszulka damska - Mniej dramatu więcej brokatuW cenie 40,24Bluzeczka wykonana z doskonałej jakości materiałów - 100 % bawełna .Idealna na każdą okazję - świetnie pasuje do wielu rozmiarów poniżej :W uwagach przy zamówieniu prosimy o informację o wybranym koszulki posiadają wysoką jakość nadruku i oryginalny wzór, świetnie sprawdzający się na prezent w różnych koszulka na prezent? Jeśli potrzebujesz pomocy w wyborze, chętnie odpowiemy na formularz pozostałych naszych aukcjach znajdziesz jeszcze więcej śmiesznych koszulek i nie tylko! Zapraszamy!
Zawsze trochę mi dziwnie jak w połowie listopada mam ochotę wieszać bombki. Więc zwykle staram się nieco powstrzymać, do czasu aż chociażby zacznie się grudzień. No, ale nie wytrzymałam i wjechał świąteczny dekor. Usprawiedliwienie Na swoje usprawiedliwienie dodam, że chciałabym chociaż przez chwilę się tymi dekoracjami pocieszyć. Cały rok je pieczołowicie przechowuje, a w efekcie w połowie grudnia wyjeżdżamy i nie ma nawet kiedy dobrze się nawąchać świeczek i naoglądać światełek. Nie będziemy też w tym roku kupować choinki. Na niecałe dwa tygodnie nie ma to najmniejszego sensu. A też jestem tego typu osobą, że jak wracamy zaraz po nowym roku, to najchętniej w ciągu jednego dnia bym wszystkie dekoracje zdjęła i pochowała. Więc finalnie stwierdziłam, że zaczynam wcześniej i nie będę przesadzała. Mniej dramatu więcej brokatu Za chwilę będę wystawiać na światło dzienne kalendarze adwentowe, a do tego przydaje się fajna, świąteczna atmosfera. Ale postanowiłam nie przesadzać i zaaranżowałam te miejsca w domu, których zwykłym przeznaczeniem jest tworzenie atmosfery. Fakt, jest trochę bibelotów, ale po kilku tygodniach znikną. Stwierdzam, że taka metoda na kurzołapy sprawdza się lepiej niż stała ekspozycja. Postawiłam też na naturalne rzeczy, które i tak mam w domu – grzyby, orzechy. No i wjechał świąteczny dekor na drzwi – co prawda oglądają je wyłącznie sąsiedzi z naprzeciwka, ale to mi nie przeszkadza zmieniać co sezon wieńca. A jak u Ciebie? Świąteczne dekoracje już gotowe?
Jesień mnie dojechała i po prostu się ostatnio nie wyrabiam. Przez jakiś czas próbowałam nadganiać na bieżąco, ale przychodzi taki moment, kiedy muszę po prostu przebudować i porządnie zaplanować najbliższe tygodnie. To po prostu trochę prawdy o tym, jak nawet na co dzień zorganizowane życie może wymknąć się nieco spod kontroli. Mniej dramatu więcej brokatu Na szczęście w ostatnich tygodniach nie działo się nic bardzo złego czy poważnego. Zwyczajnie dopadł mnie jesienny zapierdziel. I to pięknie pokazuje, że to wcale nie kwestia organizacji. I jasne, planowanie bardzo pomaga ogarnąć dużo rzeczy na raz, ale wcale nie gwarantuje sukcesu. Dlatego teraz chcę te plany przebudować żeby pomieścić wszystko, na czym mi zależy. I do tego muszę zrobić kilka kroków. Ogląd obecnej sytuacji To jest ten krok, który mnie najbardziej stresował. Bo przyznanie tego ile rzeczy obecnie się dzieje i muszę je pomieścić w grafiku miało potencjał żeby mnie ostatnie przytłoczyć. Z jednej strony, mam sporo pracy przed końcem roku, wykonuję też chwilowo obowiązki innej osoby, która jest na urlopie. Oprócz tego dalej na bieżąco mam lekcje francuskiego. Bardzo mocno też cisnę kwestię godzin na prawie jazdy. Mam też na talerzu kilka projektów i pomysłów, które chcę wcielić w życie. A poza tym mam już sporą listę bieżączki, czyli taki drobnych zadań, które powinnam ogarnąć. W rezultacie zebrało się tego trochę, ale rozpisanie tej listy mocno pomogło. Plan na najbliższe tygodnie Plan poprawy tej kryzysowej sytuacji zaczęłam od ogarnięcia ram czasowych. W grudniu wyjeżdżamy na święta, musimy przetransportować się do PL między moimi dyżurami. Zostało więc zaledwie nieco ponad dwa tygodnie. Przez resztę roku będziemy się skupiali na rodzinie i przyjaciołach, więc nie traktuję tego jako bardzo produktywnego okresu. Dlatego znając obecne obciążenia i linię czasową, mogę zrobić plan, który ma szansę pozwolić mi zrobić wszystko bez fundowania sobie załamania nerwowego. Bliski wyjazd powoduje, ze muszę uzgodnić kwestie praktyczne w pracy, upewnić się, że mam wszystkie swoje rzeczy na wyjazd, zrobię odpowiednie zakupy i upewnię się, że prezenty zostały chociażby zamówione. Resztę bieżących zadań muszę spriorytetyzowac (np. kwestie zdrowotne najpierw), a te na które nie wystarczy mi czasu, zaplanuję po nowym roku. Nie wyrabiam się, bo doba nie jest z gumy, i nie zamierzam udowadniać, że jest inaczej. Wolę racjonalny plan. Zacznę od tego żeby się wyspać Nie wyrabiam się też dlatego, że jestem ostatnio przemęczona. Więc dobrym początkiem do realizacji planu będzie po prostu zadbanie o to, żebym miała na niego siłę. Tak wygląda w praktyce moje ogarnianie kuwety jak życie delikatnie wymknęło mi się spod kontroli. A jak Ty sobie radzisz?
Nie ma sprzeczności między diagnozą Benedykta a diagnozą Franciszka dotyczącą źródeł nadużyć seksualnych wśród duchownych. Zarazem jednak każda z nich… pomija drugą stronę medalu. Dlatego też obie dobrze się uzupełniają. Po reakcjach w Polsce i za granicą na artykuł Benedykta XVI „Kościół a skandal wykorzystywania seksualnego” można odnieść wrażenie, że wszyscy rozczarowani Franciszkiem i powtarzający głośno lub szeptem „wróć, Benedykcie”, poczuli wiatr w żagle. Bo papież senior zabrał głos w sprawie, która będzie miała kluczowe znaczenie dla przyszłości Kościoła. I dobrze, że zabrał, ale bynajmniej nie dlatego dobrze, że Franciszkowa diagnoza dotycząca pedofilii w Kościele jest nietrafna. Choć taka opinia wyraźnie dominuje we wszystkich entuzjastycznych komentarzach o artykule Benedykta. Po pierwsze, z faktu, że to rewolucja seksualna, zapoczątkowana w 1968 roku, i związany z nią upadek obyczajów, a w dalszej konsekwencji osłabienie chrześcijańskiej koncepcji moralności leży u podstaw kryzysu nadużyć w Kościele (jak przekonuje Benedykt), nie wynika wcale, że nie jest za to odpowiedzialny również klerykalizm (jak przekonuje Franciszek) rozumiany jako wypaczenie istoty posługi kapłańskiej i zrobienie z niej „narzędzia narzucania władzy, łamania sumień i ciał najsłabszych” (to definicja kard. Rubena Salazara Gomeza, arcybiskupa Bogoty) oraz generalnie jako system, w którym jest przyzwolenie na krycie takich przypadków. Od razu dodajmy, że za klerykalizm, zdaniem Franciszka, mogą być odpowiedzialni tak samo duchowni, jak i świeccy. W swoim „Liście do ludu Bożego” obecny papież pisze, że klerykalizm jest myśleniem, iż Kościół reprezentują tylko kapłani, tworzący hierarchię władzy, a nie, że jest on solidarną wspólnotą wierzących świadków Ewangelii. Dlatego wolę mówić o uzupełnianiu się obu diagnoz obu papieży. Bo i w jednej, i drugiej brakuje jednak tego, o czym mówi każdy z nich z osobna. U Franciszka brakuje może zwrócenia uwagi na całe tło przemian kulturowych, jakie miały miejsce po 1968 roku, a tym samym na przyzwolenie w kręgach kościelnych, już od seminarium, na tworzenie się „klik homoseksualnych” (o czym pisze Benedykt). U Benedykta z kolei brakuje podkreślenia tego, że to klerykalizm jednak stał się doskonałym nośnikiem czy raczej konserwatorem nadużyć i „solidarności korporacyjnej”, zamiast tworzyć klimat solidarności z ofiarami. Zarazem u Benedykta diagnoza wydaje się w tym sensie niepełna, że zbyt mocno ustawia cezurę czasową: rok 1968 nie zapoczątkował nadużyć w Kościele, one miały miejsce już co najmniej w latach 50. XX wieku (nie mówiąc już o wcześniejszych przypadkach), co potwierdził słynny raport z Pensylwanii. Pod tym względem także bliżej mi do Franciszkowej diagnozy, która zwraca uwagę na kościelne źródła nadużyć – bo wskazując na to, na co jako Kościół możemy mieć wpływ, mamy szansę zająć się rozwiązaniem problemu o wiele skuteczniej, niż gdy kolejny raz wskazujemy na winę świata zewnętrznego. A swoją drogą, to jednak fascynujące zjawisko, gdy artykuł papieża seniora jest przez niektórych traktowany niemal jak dokument papieski czy wręcz wypowiedź ex cathedra, gdy tymczasem oficjalne nauczanie papieża sprawującego obecnie swoją posługę przez te same osoby bywa co najmniej lekceważone. Warto chyba przypomnieć, że encykliki, adhortacje, a nawet listy apostolskie są jednak bardziej wiążące dla katolików niż nawet najgłębsze w treści – a takim jest tekst Benedykta XVI – artykuły papieża seniora.
- Ciałopozytywność nie polega na tym, że siadasz na kanapie i stwierdzasz: „Nie podoba mi się, jak wyglądam, ale nie chcę nic z tym robić”. To nie jest czapka-niewidka, pod którą masz ukryć problemy, a samoakceptacja przy jednoczesnej pracy nad sobą – mówią Ewa Zakrzewska – modelka plus size, stylistka, autorka bloga Ewokracja i Daria Papis – modelka plus size, prowadząca kanał ToTalnie na YouTube. Spis treści"Co by było, gdyby…?" Nie! Działaj tu i teraz"Masz ciało? Jesteś atletą!""Ojej, ważysz tak dużo? Wszystko w porządku ze zdrowiem? A ty co taka chudziutka? Nie znikniesz zaraz?"Mniej hejtu, więcej miłości. Mniej dramatu, więcej brokatuJak się (nie) ubierać? Jesteś osobą plus size, która niemało czasu spędza na Instagramie i przeglądaniu filmów na YouTube, a niekiedy zerknie i w telewizor? Jest duża szansa, że nazwiska Ewy Zakrzewskiej i Darii Papis są Ci znane. Zwłaszcza jeśli wybierasz konkretne programy po to, by w końcu zobaczyć w nich dziewczyny w podobnym rozmiarze, a social media przeglądasz, by odnaleźć inne osoby należące do plus-size’owej społeczności. - Chociaż powiedzmy sobie szczerze: Co to znaczy - rozmiar plus size? Nie możemy wsadzać wszystkich kobiet noszących ubrania większe niż 38 to jednego worka. W modzie, bez względu na rozmiar, chodzi o to, żebyś umiała dobrać ciuchy do siebie – te, które najlepiej będą się prezentować właśnie na tobie. Nieważne, czy jesteś klepsydrą, jabłkiem czy gruszką, zawsze można coś ukryć i coś wyeksponować, by wyglądać i czuć się kobieco – mówi Ewa Zakrzewska. Autor: Daria Papis (po lewej) i Ewa Zakrzewska (po prawej) "Co by było, gdyby…?" Nie! Działaj tu i teraz Ale jak to zrobić, aby zbudować to poczucie kobiecości i pewności siebie w świecie, który preferuje rozmiar XS nad XL? - Zawsze o swoje życiowe niepowodzenia "oskarżałam" swoją wagę. Nie mam faceta, nie mam dobrej pracy? To wina mojego rozmiaru, a nie podejścia. Dla mnie przykładem od zawsze jest mama: bardzo kobieca, dbająca o siebie osoba. Też plus size. Kiedy idzie ulicą, faceci się ze nią oglądają, jest elegancka, a przy tym skromna. Przeprowadziłyśmy wiele rozmów, otrzymałam od niej masę wsparcia. W końcu stwierdziłam, że skoro mama mnie wspiera, skoro tyle osób mówi mi, że jestem ładna, lubię się malować, bawić modą, to czas zacząć to robić na co dzień, a nie myśleć o tym, że może bym tak robiła, gdybym była szczuplejsza – mówi Daria. Ewa przez kilka lat mieszkała w Anglii. W Polsce była "za gruba", żeby pracować jako kelnerka (choć będąc nastolatką to właśnie robiła, miała więc doświadczenie), jej angielski dla ewentualnych polskich pracodawców nie był wystarczający. - Jeden pan podczas rozmowy kwalifikacyjnej dał mi wyraźnie do zrozumienia, że „sorry, ale z takim wyglądem cię nie zatrudnię”. Wyszłam stamtąd z płaczem. W Anglii po raz pierwszy szukałam pracy na wyspie Jersey. Zabronione jest tam dodawanie zdjęcia do CV, żeby nikogo na podstawie wyglądu nie dyskryminować. Trochę się obawiałam pierwszych spotkań z pracodawcami, ale… nie było żadnego problemu. Mój angielski nagle okazał się na tyle dobry, że spokojnie mogłam pracować z klientami, mój rozmiar nie był żadną przeszkodą, żeby pracować w sklepie odzieżowym. Usłyszałam za to, że jestem naprawdę amazing! A koleżanka, z którą pracowałam, stwierdziła: Weź Ty się jakoś ubierz! Ciągle tylko te bojówki i cortezy, fryzura nie wiadomo jaka. Masz pieniądze, kup coś sobie. I tak doczekałam się swojej pierwszej w życiu bluzki z dekoltem. Okazało się, że w Anglii rozmiarowo jestem gdzieś pośrodku, że są na mnie ciuchy w sklepach. To było niesamowite. Wkręciłam się w to na tyle, że zaczęłam wysyłać do Polski paczki po 50 kg, na serio zainteresowałam się modą. "Masz ciało? Jesteś atletą!" Wraz z większą samoakceptacją przychodzi również przekonanie, że warto dbać o siebie, bo po prostu się chce, a nie z podejściem: to na pewno będzie przymus i niekończąca się katorga. Choć początki mogą być trudne. Jak mówi Ewa Zakrzewska: - Kiedy zaczęłam chodzić na siłownię, trener wysłał mnie na badania, żeby lekarz ocenił stan mojego zdrowia, ale i pomógł na tej podstawie określić, które ćwiczenia są dla mnie mniej lub bardziej wskazane. Wybrałam się na prywatną wizytę i... zostałam jedynie zmierzona i zważona. Przyniosłam ze sobą wszystkie papiery, a on nawet w nie nie zajrzał. Stwierdził, że jestem otyła i to jest mój problem. A przecież właśnie chciałam coś w tej sprawie zrobić. Zgłosiłam skargę do jego szefa, który znów zważył mnie i zmierzył, podając przy okazji numer telefonu do kolegi zmniejszającego żołądki. Nie dostałam żadnych wskazań – czy mogę wykonywać skłony, skrętoskłony? A może trenować crossfit? Zważyć się i zmierzyć mogę przecież sama, a zapłaciłam za to naprawdę niemało pieniędzy. Najgorzej, gdy robi się coś, czego się nie lubi. Miałam kilku trenerów i nie do końca byłam zadowolona z formy ćwiczeń. Czułam presję, żeby robić to samo, co wszyscy. Większy stres, żadna przyjemność. Lubię ćwiczyć z ciężarkami i z maszynami, więc to się staram robić najczęściej. Choć zdarza się mi – jak pewnie każdemu -mieć przerwy w ćwiczeniach. W swoim najlepszym czasie trenowałam 5 dni w tygodniu. Ba! Nawet sambo – rosyjską sztukę walki, razem z mężem, który podstępem zabrał mnie na zajęcia grupy średniozaawansowanej zamiast podstawowej, ale dałam radę! Autor: Ewa Zakrzewska, fot.: Weronika Łucjan-Grabowska Daria dodaje: - Myślę, że w przypadku dziewczyn plus size największym problemem jest to, by przemóc się i w ogóle pójść na siłownię. W Polsce na siłowni można zobaczyć przede wszystkim osoby, które na pierwszy rzut oka nie wyglądają, jak by tej siłowni potrzebowały. I jak jesteś plus size, to myślisz, że na tych ćwiczeniach będziesz się wyróżniać wśród tych wszystkich miss international, które robią fotki na Instagram. Ja długo nie mogłam się na siłownię zdecydować. Najpierw zaczęłam chodzić na basen i po pierwszych próbach marzyłam, żeby tam utonąć, chciało mi się płakać. Później już poszło, zaczęłam się tym cieszyć. Na basenie czułam się dobrze, bo wmawiałam sobie, że to nic takiego, bo chociaż jestem w stroju kąpielowym, to jak się zanurzę, nikt mnie nie widzi. I wtedy mój mąż powiedział: "Jesteś nienormalna. Śmigasz w kostiumie i nie masz z tym problemu, a nie chcesz iść w dresie na siłownię". No więc poszliśmy – w samym centrum Mokotowa, w godzinach szczytu. I… było super. Widziałam dziewczyny mojej postury, babki w wieku mojej mamy. Tak naprawdę wszyscy mają gdzieś, że ja tam przyszłam i ćwiczę. Zajmują się sobą. I w końcu mnie też to, jak tam wyglądam, przestało interesować. Dlatego dziewczyny! Gorąco zachęcam, by się przemóc i spróbować iść na siłownię. Można na początek wybrać tę osiedlową czy tylko dla kobiet. Warto zadbać o swoje zdrowie, by jak najdłużej móc się nim cieszyć razem z bliskimi. Autor: Daria Papis, fot.: archiwum prywatne "Ojej, ważysz tak dużo? Wszystko w porządku ze zdrowiem? A ty co taka chudziutka? Nie znikniesz zaraz?" A co wtedy, gdy pojawiają się negatywne komentarze? - Najgorszy jest hejt w postaci fałszywej troski – mówi Daria. - Ktoś plus size może usłyszeć: „Jesteś gruba, niedługo umrzesz”, szczupłe osoby są za to według życzliwych „tak chude, że niedługo znikną”. Ludziom się wydaje, że jak komuś powiedzą: „ojej, zaraz znikniesz”, nie zranią tej osoby tak, jak obrażając kogoś o większych rozmiarach, ale tak nie jest. Weźmy na przykład Małgosię Rozenek – ma przecież świetną figurę, mogłabym pomyśleć: „Kurcze, wygląda jak milion dolców. Gdybym miała takie ciało, nie miałabym problemów”. Ale nie! Ona dostaje hejt za to, że jak ma psy, to rasowe, a nie ze schroniska, że jej mąż kopie piłkę i jest idiotą, a nawet w tak intymnej sprawie, jak jej kłopoty z zajściem w ciążę. Jak mówi Ewa: - Najgorzej, gdy hejt pojawia się ze strony bliskich, rodziców. Kiedyś pod jednym z moich postów pojawił się nieprzyjemny komentarz… od teściowej jednej z blogerek plus size, która na dodatek jest lekarzem! Wydawałoby się, że akurat ona powinna potrafić się przed czymś takim powstrzymać… Szanujmy się nawzajem po prostu jako dziewczyny, bez względu na rozmiar. W internecie moje obserwatorki czasem próbują mnie bronić, atakując szczupłe kobiety. Niekiedy też pojawia się w komentarzach spowodowane dużymi emocjami odszczekiwanie. I choć te dziewczyny stają po mojej stronie, usuwam ich wpisy. Nie do pomyślenia jest dla mnie, żeby bronić jedną osobę, atakując kogoś innego. Autor: NIKA Okuneva Mniej hejtu, więcej miłości. Mniej dramatu, więcej brokatu - Myślę, że najtrudniej jest młodym dziewczynom, nastolatkom. Sama żałuję, że gdy byłam w ich wieku, nie miałam takich nas - dziewczyn, które pokazują, że będąc plus size możesz lubić siebie i wyglądać super – mówi Daria Papis. Natomiast Ewa Zakrzewska zauważa: - Hejt w internecie jest tak srogi, że gdybym miała 13 lat, nie wiem, czy bym sobie poradziła. Przeciwko tym dziewczynkom są tworzone grupy, memy, body shaming jest mocny. I tak uważam, że u mnie jest spokojnie. Może też dlatego, że sama często wspominam o akceptacji dla każdego rozmiaru, że nie chodzi mi o promowanie otyłości. Zresztą, co to za zarzut? Czy spojrzałaś na moje zdjęcia, na mojego bloga, i od razu chciałaś przytyć? Raczej nie. Nie o promowanie otyłości, a o zdrowe podejście do siebie tu chodzi. Chciałabym zaprosić wszystkie blogerki, youtuberki, po prostu kobiety, które spotykają się z hejtem ze względu na rozmiar do uczestnictwa w naszej akcji – dodaje Ewa. Planowany jest prokobiecy event z udziałem dziewczyn w każdym rozmiarze. Na wydarzeniu będzie można kupić zaprojektowane przez Ewę Zakrzewską koszulki – i kobiece, i z pozytywnym przekazem. W promowanie akcji zostaną zaangażowane blogerki, youtuberki czy instagramerki, ale wydarzenie organizowane jest przede wszystkim nie z myślą o "zwykłych" dziewczynach. Nie tylko plus size, ale i tych które muszą się tłumaczyć, że "są niekobiece i nieapetyczne, bo takie szczupłe". Dochód ze sprzedaży koszulek zostanie przekazany na rzecz Fundacji Aż Sobie Zazdroszczę, kierowanej przez Aleksandrę Dejewską. Celem fundacji jest pomoc osobom z zaburzeniami odżywiania i depresją. - Niestety, jeśli chodzi o zaburzenia odżywiania, to znam ten problem. Całe życie odchudzałam się z nienawiści do siebie, nigdy nie pomyślałam o swoim zdrowiu. Przetestowałam chyba wszystkie możliwe diety, zawsze bojąc się efektu jojo. Teraz chcę pomóc innym dziewczynom tego uniknąć. Autor: Daria Papis, fot.: archiwum prywatne Jak dodaje Daria: - To będzie kobiece, intymne spotkanie, podczas którego dziewczyny będą mogły pogadać, zjeść coś w luźniej atmosferze. Ma im dodać pewności siebie, dać poczucie przynależenia do społeczności. W końcu będzie to coś namacalnego, a nie wirtualnego, i to bez dzielenia kobiet na obozy: nie ma szkieletorów, nie ma wielorybów. Takie podejście chciałybyśmy obalić. "Szkieletor" i "wieloryb" to sformułowania jednoznacznie pejoratywne, a co ze słowem: "gruba", "gruby"? Daria: - Pamiętam naszą wspólną wyprawę do Gdańska. Poszłyśmy z Ewą do jednej z sieciówek, która ma dział plus size. Chodziłyśmy po tym sklepie i chodziłyśmy, nie mogąc go znaleźć. W końcu podeszła do nas szczuplutka pani tam pracująca i zapytała, w czym może pomóc. Na to Ewa prosto z mostu: "Gdzie jest dział dla grubych ludzi?". Nieszczęsną kobietę, nieprzyzwyczajoną do takiej bezpośredniości, zupełnie zatkało. No to zainterweniowałam: "Dział plus size". "A, tak, tak, oczywiście. Już paniom pokazuje". Kiedyś miałam wobec słowa "gruba" dystans, teraz już jest on znacznie mniejszy, zwłaszcza kiedy nawzajem tak do siebie mówimy. Jednak uważałabym z takimi sformułowaniami wobec nowo poznanej osoby – niektórzy mogą po prostu nie chcieć być nazywani grubymi. Jak się (nie) ubierać? Ewa Zakrzewska od lat zajmuje się tą kwestią: - W sklepach nadal jest z ubraniami plus size problem. W Anglii zakup ciuchów w większych rozmiarach nie stanowi problemu, Polka plus size największy wybór ubrań znajdzie w internecie, i to najczęściej na zagranicznych stronach. Już niejednokrotnie zdarzało się, że będąc zaproszona jako gość, a nie modelka, do jakiegoś programu, sama musiałam przywozić ciuchy, z których stylista „coś wymyśli” albo ubierałam inne występujące w programie dziewczyny plus size. Bezpośrednio po powrocie z Anglii otworzyłam butik z ubraniami w większych rozmiarach. Z ciuchami pełnymi kolorów, różnych fasonów, z poradami stylistki. Wtedy to nie zadziałało, dziewczyny zachowawczo wolały wybrać worki. Myślę, że dzisiaj byłoby inaczej. Dlatego gdy przygotowywałam dwie kolekcje Tom&Rose starałam się, żeby nie były to legginsy i wyciągnięte t-shirty, które litościwie i wspaniałomyślnie sprzedaje się grubasom. Powstały dwie kobiece kolekcje – zestawy, które dowolnie można ze sobą łączyć. Daria: - Gdy pierwsza kolekcja weszła do sprzedaży, kupiłam płaszcz, którym chwilę potem zachwyciła się nim koleżanka z pracy. Poszła do sklepu 20 minut po mnie, ale wszystkie były już wyprzedane. Sama miałam problem z wyborem sukienki na wesele. W jednym ze sklepów konsultantka podała mi suknię w rozmiarze 36, kazała przyłożyć do siebie i wyobrazić sobie, jak będzie na mnie wyglądała… Nie chciałam odpuścić i kupować takiej sobie sukni, której jeszcze nie mogę przymierzyć. Kierowana syndromem księżniczki marzyłam, żeby moja suknia była zjawiska, z welonem katedralnym. Zaczęłam jej szukać w Anglii i Szwecji. I nagle okazało się, że nie tylko dostępne są moje rozmiary, ale że po raz pierwszy muszę skorzystać z klipsów do sukni, żeby te większe ze mnie nie spadały. Tam nie było pytań o to, czy w ogóle jest mój rozmiar, ale o krój. Z żadnym nie było problemu i kupiłam swoją wymarzoną suknię. Niestety dla wielu dziewczyn plus size po tych ślubnych poszukiwaniach najpiękniejszy dzień w życiu staje się koszmarem. Ewa: - Kiedyś zrobiłam testy i podzwoniłam po różnych salonach. Te kobiety nawet nie widziały mnie na oczy, ale gdy zapytałam o suknię typu syrenka w rozmiarze 46 lub 48, słyszałam, że chyba sobie żartuję. Że w tym rozmiarze w życiu by mnie nie ubrały w ten krój. Ja syrenki bym nie założyła, ale znam dziewczyny, które świetnie w niej wyglądają, a noszą rozmiar 46 czy nawet 52. To jest częsty problem. Na jednych z targów ślubnych pewna dziewczyna wspomniała, że sznurkiem przywiązali do niej za małą suknię… Często salony próbują wywierać na klientkach presję, np. „tylko dzisiaj trwa specjalna promocja i albo kupisz tę suknię teraz, albo nigdy”. Raz towarzyszyłam w zakupie koleżance i gdy stwierdziłyśmy, że sukni w za małym rozmiarze 38 jednak przymierzać nie będziemy, kobieta na naszych oczach przedarła kartkę z informacją o promocji i ostrzegła, że w tym rozmiarze to już nic później nie zdążymy uszyć. Akurat wchodziły inne klientki, więc głośno powiedziałam, że mamy wystarczająco dużo czasu, nikt nie musi wywierać na nas presji, bo to jest poniżej dna. Teraz, gdy jestem na targach ślubnych i pytam o większe rozmiary, przedstawicielom salonów jest głupio, że ich nie mają. Próbują się tłumaczyć, zapewniają, że uzupełnią braki. I myślę sobie: super, coś się zmienia. Daria: Pod każdym naszym filmem na YouTube na 10 komentarzy: "spoko, łapka w górę" pojawiają się takie: "Dzięki tobie pierwszy raz w życiu założyłam sukienkę, ubrałam kostium i pójdę na plażę. Tworzymy społeczność, w której dziewczyny czują się akceptowane, piękne. Dla takich chwil warto to robić".
mniej dramatu więcej brokatu